Legia – Widzew: Adamski w ostatniej akcji raduje Legię po mega-paździerzu


Legia Warszawa wygrywa z Widzewem Łódź po fatalnym widowisku. Bohaterem Bartosz Kapustka.

2 maja 2026 Legia – Widzew: Adamski w ostatniej akcji raduje Legię po mega-paździerzu
Mateusz Kostrzewa / Legia Warszawa

Byliśmy bardzo ciekawi, czy Legia Warszawa podniesie się mentalnie po niedzielnym laniu zaserwowanym przez Lecha Poznań. Powiedzmy tak: wygrali z Widzewem. Po bardzo słabym, koszmarnym do prawie ostatniej akcji meczu. Prawie, bo w tej ostatniej po zamieszaniu w polu karnym Rafał Adamski zdobył gola, który znaczyć będzie bardzo wiele w ostatecznym rozrachunku. Legioniści w tym roku punktują zbyt dobrze, żeby myśleć o nich jak o drużynie kandydującej do spadku.


Udostępnij na Udostępnij na

Rozumiemy, że Legia i Widzew walczą o utrzymanie. Rozumiemy, że ambicje były inne i trzeba dostosować się do innych, nieoczekiwanych realiów. Jednak na litość boską, to, co ujrzeliśmy (na nasze nieszczęście) w piątkowy wieczór na stadionie Legii, zakrawało na farsę. To byłby kandydat do najgorszego meczu sezonu, gdyby nie fakt, że w końcu ten gol padł (i to w jakich okolicznościach).

Legia – Widzew: co to było?!

Oba zespoły bardzo nie chciały przegrać piątkowego spotkania. Niestety przełożyło się to na jakość na boisku. To był bardzo toporny i ciężkostrawny wyrób meczopodobny. Szkoda, bo zaczęło się dobrze, gdy już w 3. minucie gospodarze mieli swoją pierwszą poważną sytuację. Nsame wypuścił sprytnym podaniem Rajovicia, zaś Duńczyk postarał się ze strzałem, ale czujność zachował Bartłomiej Drągowski, który sparował piłkę na rzut rożny. Kilka minut później Emil Kornvig postraszył kąśliwym uderzeniem zza szesnastki, które przeszło tuż obok słupka.

Potem był festiwal większych, mniejszych fauli. Tu Wiśniewski trafiony przez Rajovicia łokciem, tam stempel Widzewiaka albo faul w środku pola przerywający akcję. Słowem: widać było, czemu Legia i Widzew znajdują się bliżej dołu niż czuba tabeli.

Legia – Widzew: kibice ratują honor tego wydarzenia

Doszło do tego, że honor musieli ratować kibice, w czym prym wiedli oczywiście gospodarze, którzy obchodzili swoje małe święto. Kilka opraw, trochę pirotechniki, poszła salwa sztucznych ogni… Łódzcy kibice w mniejszym rozmiarze, ale też umilili czas swoim mini-pokazem. 

Dużo więcej emocji wzbudziło obserwowanie, jak Żyleta szykuje się do zaprezentowania swojej oprawy, a także kilku panów na dachu, którzy pomagali w koordynacji tego przedsięwzięcia. Naprawdę, to nie są żarty. Wszystko było ciekawsze niż to spotkanie. Obserwowanie schnącej farby na ten przykład.

Legia – Widzew: gospodarze robili cokolwiek, by było ciekawie

Przy czym powiedzmy, ze gospodarze robili na boisku cokolwiek. Legia dominowała w posiadaniu piłki, cisnęła Widzew, ale to w żaden sposób nie przekładało się na jakikolwiek konkret. Poza wspomnianym strzałem Rajovicia z 3. minuty, gospodarze mieli długimi fragmentami problem z przedostanie się w szesnastkę gości. Brakowało im wyraźnie kogoś, kto wykaże się jakimś niekonwencjonalnym zagraniem, kto przyspieszy, rozerwie zwarte szyki łodzian.

Goręcej zrobiło się, gdy Paweł Wszołek zgrał głową na piąty metr, gdzie doskoczył do niej Nsame. Jednak ponieważ nieczysto trafił w futbolówkę, to ta nawet nie zbliżyła się do bramki. Kameruńczyk miał swoją szansę jeszcze w drugiej połowie po zamieszaniu, ale trafił prosto w obrońcę. Próbował z dystansu Szymański, ale nad bramką, Rajović po rykoszecie wywalczył rożny. Oddali 14 strzałów, ale tylko 4 celne. To też świadczyło o poziomie.

Widzew natomiast uprawiał anty-futbol

Widzew natomiast przyjął taktykę wypychania gości i neutralizowania ofensywnej mocy Legii. Szkoda tylko, że przy okazji sami siebie wykastrowali. Może i było to skuteczne, ale wyjątkowo odpychające. Nie byli w stanie wymienić kilku prostych podań bez straty. Zresztą, o ich taktycznej indolencji świadczą liczby: jeden celny strzał (Mateusza Żyry, obrońcy (!) z dystansu), jeden korner. Nie wiemy, w jakim celu przyjechała ekipa Vukovicia do Warszawy, ale na pewno nie po to, żeby grać w piłkę.

Rafał Adamski bohaterem Legii

Taka partanina uczciwie zasługiwała na 0:0, ale nie było to w smak Rafałowi Adamskiemu. Wprowadzony z ławki rezerwowych napastnik w ostatniej akcji meczu doprowadził zgromadzonych na Ł3 fanów do ekstazy. Zrobił to zresztą w sposób pasujący do tego meczu – po olbrzymim zamieszaniu.

Poszedł centrostrzał, który obronił Drągowski. Potem zawodnik Legii strzelił, zablokował obrońca Widzewa. Piłka padła łupem Bartka Kapustki, który bez zastanowienia walnął wszystkim, czym miał w nodze i w tym chaosie najlepiej odnalazł się właśnie Rafał, który dobrze dostawił nogę i wcisnął gola. Euforia na trybunach. Sędzia pozwolił na krótkie wznowienie gry, a po chwili zakończył męczarnie nas wszystkich.

Legia ma teraz cztery punkty przewagi nad strefą spadkową

Czy ten mecz stanowił dowód siły Legii lub chociaż potwierdził, że z Lechem to był wypadek przy pracy? Absolutnie nie. Powtórzymy: to był paździerz. Jednak uczciwie wam powiemy, że gdybyśmy mieli wybierać, to prędzej Legia zasłużyła na tego gola niż Widzew na punkt.

Wiemy, że wielu kibiców innych drużyn po cichu życzy spadku Legii (choć chyba bardziej dla beki i okazji do szydzerki). I jakkolwiek przyjmujemy te głosy z pobłażliwym uśmiechem i przymrużeniem oka, tak jednak ten scenariusz zdaje się mieć coraz mniejsze szanse powodzenia. Wystarczy popatrzeć jak punktuje Legia w tym roku, a jak inne zespoły walczące o utrzymanie. Tak nie wygląda kandydat do spadku.

Dariusz Mioduski poszedł po rozum do głowy i zatrudnił porządnego szkoleniowca. Marek Papszun może nie odmienił zespołu jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki (z Widzewem bardzo to było widać), ale poukładał go, wdrożył swój plan. Dzięki temu Legia na ten moment ponownie oddaliła się od strefy spadkowej. Dodajmy, że na całkiem bezpieczne cztery punkty.

Przeczytaj również:

Dodaj komentarz

Zapraszamy do kulturalnej dyskusji.

Najnowsze